Przeskocz nawigację

Monthly Archives: Grudzień 2014

zima_5 zima_12 zima_24 zima_30 zima_42

Reklamy

http://nczas.com/publicystyka/azja-dla-odwaznych/

Po 1989 roku starano się zrobić bardzo wiele, by polskie społeczeństwo uwierzyło, że świat kończy się na Zachodzie i ogranicza się do USA i UE, a poza nim nie istnieje żadna alternatywa. Reszta świata, w tym Azja Wschodnia i Chiny, właściwie w tym czasie zniknęły z naszego pola widzenia.

Do dziś zresztą polskie media, zamiast informować o sytuacji po drugiej stronie globu, starają się utwierdzać nas w przekonaniu, że model rozwojowy III/IV RP jest modelem jedynie słusznym, podobnie jak „orientacja euroatlantycka” – i pewnie z tego powodu Chiny (i poniekąd także Rosja, choć z innych powodów) stały się „chłopcem do bicia”, dzięki któremu można zademonstrować „nowoczesną”, prozachodnią i proeuropejską postawę, a zwłaszcza przywiązanie do europejskich „wartości”, o których Chirac i Schröder najwyraźniej zapomnieli, bo średnio dwa-trzy razy w roku jeżdżą do Chin po nowe kontrakty.

Większość dotąd publikowanych tekstów w polskich gazetach nie może obejść się bez choćby tylko krótkich wzmianek o rewolucji kulturalnej i wielkim skoku – wydarzeniach, które miały miejsce odpowiednio 40 i 50 lat temu. Okropieństwa tamtych czasów z obecną sytuacją mają już jednak niewiele wspólnego – a pisanie w kółko o tym samym najbardziej szkodzi obywatelom RP, utwierdzając ich w przekonaniu, że Chiny to kraj wciąż całkowicie zacofany, biedny i przede wszystkim totalitarny. Czy pisze się tak po to, by wykazać, że dla jedynie słusznej „orientacji euroatlantyckiej” nie było i nie ma żadnej alternatywy, czy jest to formą niezłomnego antykomunizmu (przoduje w niej zwłaszcza ta część elit, która uznaje Kiszczaka i Jaruzelskiego za ludzi honoru), doprawdy trudno powiedzieć. Czyni się to jednak od tak dawna i tak konsekwentnie, a co gorsza – z ogromną szkodą dla RP, iż coraz trudniej wierzyć, że jest to wynik jedynie przypadku i nieuleczalnego prowincjonalizmu… Trudno obliczyć, jak wielką cenę za ten brak informacji (czy też dezinformację) zapłaciła i wciąż płaci RP. Rzecz tu zresztą nie tylko w niekorzystnym bilansie handlowym, ale przede wszystkim w utraconych alternatywach, w szansach, które zostały już często stracone bezpowrotnie. Ile dokładnie straciliśmy, pewnie nigdy się nie dowiemy.

BIAŁY MURZYN CZY BIAŁY MISTRZ?
Jedną z tych nie dostrzeganych szans i nie branych pod uwagę alternatyw jest możliwość uczenia angielskiego przez naszą młodzież w Azji. Niewielu ludzi w Polsce o tym słyszało, zresztą w obliczu zdominowania naszej świadomości przez opcję euroatlantycką „rozsądni ludzie” uznają ten pomysł za absolutnie fantastyczny. Przez całe lata 90. pokazywano, że integracja z UE pozwoli naszej młodzieży podjąć pracę w kuchniach, pubach i hotelach zachodniej Europy już oficjalnie, a nie na czarno. Sporą popularnością wśród polskich studentów cieszyły się programy oferujące pracę na farmach w USA i W. Brytanii za 5 $ na godzinę, gdzie pieniądze zarobione po dwóch miesiącach ciężkiej pracy wystarczały właściwie na krótki objazd po USA i powrót do domu. W ten sposób Polska „stawała się częścią Zachodu” i wracała do rodziny europejskiej i to, choć średnio się opłacało, było w modzie i było jak najbardziej cool.

Tymczasem gdyby w naszym społeczeństwie rzetelnie informowano o Azji i tamtejszych realiach, zamiast rozpisywać się o wydarzeniach sprzed 40-50 lat, okazałoby się, że ciężka praca na Zachodzie nie tylko nie jest jedyną opcją dla naszej studenckiej braci, ale w dodatku nie jest opcją najlepszą. To klasyczny przykład, jak cenna może być informacja, a jak kosztowny jej brak.

„Kiedy myślę o tym, że miałbym być gdzieś w Niemczech albo w Anglii i zmywać gary na zapleczu jakiejś knajpy, śmiać mi się chce” – mówi 23letni Maciek, który od roku uczy w Tajpej angielskiego za 15-20 $ na godzinę (600-700 nt). Ściągnął go kolega, który dał cynk, jaka jest sytuacja: „Przyjeżdżaj, stary, zatrudniają każdego Białego”. Nie wahał się ani chwili, zwłaszcza że pociągała go możliwość przeżycia przygody i poznania dalekiego kraju. „Pracuję 3-4 godziny dziennie, często mam wakacje i wtedy jadę najczęściej do Tajlandii albo na Filipiny. Myślę, że życie Białego w Azji ma swoje niezaprzeczalne uroki – w zachodniej Europie, będąc Polakiem, byłbym białym murzynem, tu jestem białym bogiem, tam wykonywałbym pracę, której nie chcą wykonywać miejscowi, tu jestem poważanym nauczycielem, wręcz mistrzem, jestem królem życia” – mówi.

Na młodych Polaków, którzy przyzwoicie mówią po angielsku, czeka kilkaset milionów Chińczyków, Tajwańczyków, a do tego jeszcze bogaci Japończycy i Koreańczycy, którzy wciąż nie nauczyli się angielskiego i – bądźmy szczerzy – zawsze będzie to dla nich bardzo ciężkie zadanie. Teacherzy mogą przebierać w ofertach – w dużych miastach być może ostaną im się tylko przedszkola na przedmieściach, w mniejszych licea. Kto pragnie przeżyć przygodę życia, może zamieszkać w górskiej wiosce i tam uczyć za jedzenie, mieszkanie z internetem i przyzwoite pieniądze.

W ChRL, przy znacznie niższych niż na Tajwanie i w Polsce kosztach życia, również i zarobki są mniejsze – ok. 12,5 $ (100 rmb) za godzinę (to i tak więcej niż w UE). „Przyjechałem ze swoją dziewczyną, na początku miałem obawy, że nie jestem z USA ani np. Australii, że angielski nie jest moim pierwszym językiem. Kombinowaliśmy przez internet, niby wszystko było dogadane, ale na miejscu okazało się inaczej. Baliśmy się, co będzie, jednak pracę dostałem od razu, a nawet teraz co jakiś czas jestem zaczepiany na ulicy z propozycjami pracy” – mówi Marek z Pekinu. Na pytanie, dlaczego tak się dzieje, odpowiada: „Decydują o tym dwie rzeczy: Chińczycy przywiązują wielką wagę do edukacji – dzieci przemęczają się w szkołach, czasami siedzą od 800 do 2200, a rodzice płacą i wymagają „edukacji na wysokim poziomie”; częścią tej iluzji jest zapewnienie koniecznie foreign teachera o kolorze skóry jak najbielszym. Druga rzecz jest taka, że Chińczycy nie wiedzą wciąż tak naprawdę, co znajduje się za wielkim murem – dla nich każdy Biały jest anglojęzyczny”. Słowa Marka potwierdzają wyznania Zhou Yan, która zajęła czwarte miejsce na ogólnokrajowym egzaminie wstępnym na uniwersytet w prowincji Shanxi, obecnie studentki prestiżowego Uniwersytetu Pekińskiego, przedstawicielki elity intelektualnej Państwa Środka: „Kiedy miałam 21 lat, pierwszy raz wyjechałam za granicę i od razu do Europy. Byłam w Niemczech, Austrii i Francji. Największym szokiem było dla mnie to, że mówiłam po angielsku często lepiej niż miejscowi. Dotychczas byłam przekonana, że wszyscy Europejczycy mówią płynnie po angielsku”.

Nigdzie na świecie nie dba się tak o edukację dzieci, jak właśnie w Chinach. Dla przeciętnego mieszkańca Państwa Środka nie liczy się ani drogi samochód ani wczasy w ciepłych krajach, a na pewno nie alkohol – najważniejsze jest ułatwienie przyszłego życiowego startu swojemu dziecku. Interes edukacyjny jest tu więc nazywany przemysłem i rzeczywiście rozwinięty jest na wielką skalę – popyt na białych nauczycieli angielskiego jest dużo wyższy niż podaż…
Do Chin kontynentalnych i na Tajwan przyjeżdża wielu ABC (AMERICAN/AUSTRALIAN BORN CHINESE – Chińczyków urodzonych w Ameryce/Australii), jednak na nauczycielskim rynku pracy nie mają żadnych szans z Polakami, Rumunami czy Bułgarami. Dyskwalifikuje ich wygląd, który nie odróżnia ich od zwyczajnych Chińczyków – perfekcyjna angielszczyzna nie ma tu znaczenia. Najważniejsza okazuje się bowiem iluzja Białego nauczyciela i to za nią płacą rodzice, a nie za rzeczywiste kwalifikacje.

Prawda jest niestety taka, że w chińskim społeczeństwie (a przekonanie te jest powszechne nawet na zmodernizowanym Tajwanie) – im bielsza skóra, tym większy prestiż. Z tego względu m.in. kobiety unikają opalania się, chodząc w słoneczne dni z parasolkami, a brązowa skóra wyróżnia chłopów i wiąże się z niższym statusem społecznym…
„Dopiero w Azji zrozumiałem, co znaczy biała skóra, jak wielki jest to społeczny kapitał tutaj” – mówi prosto z mostu Konrad, ale w Azji, w przeciwieństwie do USA i Europy, nie obowiązuje poprawność polityczna dotycząca kwestii rasowych. Murzyni są otwarcie dyskryminowani (niekoniecznie jako nauczyciele angielskiego), nie wynajmuje im się mieszkań, uważani są za gorszych i daje im się to do zrozumienia. Biali (z wyjątkiem Rosjan), w tym wschodni Europejczycy, są noszeni na rękach. Uważa się, że reprezentują cywilizację wyższą, traktuje ich się z podziwem, który wynika po prostu z niewiedzy i ignoracji. Oceny Chińczyków są oczywiście bardzo niesprawiedliwe, ale bardzo dla nas korzystne. Gdybyśmy tylko o tym wiedzieli… Gdyby tylko chciało nam się wiedzieć…

„Kiedy tu przyjechałem, byłem wrakiem człowieka, kompletnym loserem. W Polsce zostawiła mnie dziewczyna, zarabiałem 1300 zł i wyglądało na to, że się to nie zmieni przez X lat. Niczego się nie uczyłem, czułem, że się cofam. Kiedy tu przyjechałem, było ciężko przez pierwsze trzy miesiące -żyłem z oszczędności, szukałem pracy. Jednak okazało się, że tak naprawdę wystarczy być Białym… Grałem w filmach, a nawet za pieniądze po prostu siedziałem w barze, bo to napędza konsumentów i sprawia, że knajpa staje się modna, bo przychodzą tam Biali. Ponieważ biała skóra jest w cenie, większość kobiet uznaje złapanie Białego za olbrzymi sukces reprodukcyjny – w związku z tym szybko się odnalazłem i uwierzyłem w siebie”. To wyznania kolejnego z naszych rodaków.

ANGIELSKI ŁATWY, ALE NIE DLA AZJATÓW

Angielski uznawany jest za najłatwiejszy język świata, ale uczciwiej byłoby powiedzieć, że jest to jeden z najłatwiejszych języków indoeuropejskich. Dla Azjatów (Japończyków, Koreańczyków, Chińczyków) jest językiem bardzo trudnym – większość z nich w ogóle się nim nie posługuje i to pomimo faktu, że uczy się go przez całe życie w szkołach, często po kilka-kilkanaście godzin tygodniowo, a czasem też nawet na specjalnych kursach pozaszkolnych (np. w wieczorowych szkołach na Tajwanie nazywanych Bushibanami). Dlaczego więc dochodzi do absurdalnej sytuacji, że Polacy pochodzący z kraju, w którym system nauczania angielskiego praktycznie nie istnieje, nikt do jego nauczania nie przywiązuje szczególnej wagi (jak np. w Skandynawii czy Holandii, gdzie filmy w telewizji puszcza się bez dubbingu, a tylko z napisami), potrafią się tego języka nauczyć na tyle dobrze, by wyjeżdżać do Azji i uczyć miejscowych?

Decydują o tym w dużej mierze czynniki kulturowe – naprawdę mamy olbrzymie szczęście, że językiem światowym stał się język mimo wszystko stosunkowo nam bliski (choć niewykluczone, że zostanie kiedyś zastąpiony przez chiński). Polacy angielskiego dość szybko się uczą – naprawdę okazuje się, że na tle innych narodów nie mamy się czego wstydzić. Jest to atut, z którego nie zdajemy sobie sprawy. Natomiast „Azjaci uczą się wszystkiego na pamięć i nie znoszą kreatywności” -mówi 28-letni Julian, Anglik, dyplomowany nauczyciel na kontrakcie, który uczy dzieci i dorosłych w Pekinie. „Zawsze mnie śmieszyło, kiedy nauczycielka, przedstawiając nową klasę, mówiła: uważaj na tego i tego, to największe rozrabiaki – zawsze byli to najzdolniejsi uczniowie! Odpowiadali na wszystkie pytania i to nie tylko te z książki, na które odpowiedzi można było przygotować. Nie wiem dlaczego, ale tu liczy się najbardziej, by nie popełnić błędu – wszystko robią z książką i na podstawie książki. Kiedy chcę z nimi spontanicznie rozmawiać – od razu jestem strofowany, że postępuję niezgodnie z planem – to nie ma sensu! Tak można tylko odrobić pracę domową, a potem rozdziawiać buzię, kiedy „zaskoczy” Cię ktoś w życiu pozaszkolnym, zadając najprostsze pytanie”. W istocie błędów nie popełnia ten, kto nic nie robi. Dlatego nikogo nie powinno zdziwić, że większość Azjatów z intensywnych i sowicie przez rodziców opłacanych lekcji pamięta jedynie „Hello” i „Solly” (wymówienie prawidłowo „r” nie zawsze kończy się sukcesem).

Jednak specyficzna struktura języka chińskiego sprawia, że Chińczycy znacznie lepsze wyniki niż w rozmowie osiągają w rozumieniu czytanego tekstu oraz w korespondencji. Nierzadko zdarza się tak, że ktoś w mailach używa bardzo rzadkich, wyszukanych słów, których z pewnością nie użyłby żaden Amerykanin, by przy bliższym spotkaniu kończyć rozmowę na „Hello, how al you?”.
SPRZEDAŹ ILUZJI „Kiedy zorientowałem się, jakie tu są możliwości, złapałem się za głowę” – mówi Konrad. „Na początku musiałem tylko zmienić imię na bardziej amerykańskie i dlatego zrobiłem się „Eric’iem” – męczył mnie o to właściciel szkoły, że tego wymagają rodzice. Dzieci są OK, ale cztery godziny dziennie absolutnie mi wystarcza. Przez rok mogę tutaj, ciężko pracując cztery godziny, jeśli będę oszczędzał, zarobić na mieszkanie lub odłożyć pieniądze na swój własny biznes bądź po prostu imprezować i podróżować po Azji, a i tak sporo mi zostanie. Poza tym to dla mnie świetne doświadczenie, które wzbogaciło mnie jako człowieka. Bardzo wiele ciekawych rzeczy tu zaobserwowałem i zorientowałem się, że wychowanie i zajmowanie się małym dzieckiem to nie taka prosta sprawa.

Problemy przy nauce angielskiego są właściwie tylko dwa. Pierwszy to taki, że praca jest oficjalnie nielegalna. Na Tajwanie, by uczyć legalnie angielskiego, trzeba wystąpić o licencję, lecz jest ona praktycznie nie do uzyskania dla nie-native’a. Nawet większość Amerykanów zresztą o nią nie stara się, by uniknąć długiej, zajmującej kilka miesięcy urzędowej procedury. Ponieważ jest to także kłopotem dla szkoły, obowiązują po prostu umowy ustne i układ, który chroni obie strony. Szkoły wypłacają pieniądze, by poszkodowany nie zakablował na policję, a nauczyciele uczą i wcale nie potrzebują do tego zbędnych papierków. „Niby jest to nielegalne, ale tak naprawdę wszyscy o tym wiedzą – mój sąsiad jest policjantem, a wie, że uczę angielskiego jak wszyscy Biali tutaj. Z tym, że jest to nielegalne, to fikcja – gdyby chciano to zlikwidować, zrobiono by nalot jednego dnia na wszystkie przedszkola w mieście i odesłano nielegalnych teacherów do domu. Szkoły nas potrzebują, rodzice nas chcą, dzięki nam show trwa dalej, a biznes się kręci – czuję się bezpiecznie, bo wiem, że wszyscy są zadowoleni, a białych nauczycieli wciąż brakuje”.

W Chinach, gdzie system prawny wciąż jest fikcją i dopiero co zaczyna zakorzeniać się w świadomości ludzi, nie ma w ogóle czegoś takiego jak bezprawie, to jest niedopełnienie jakichś procedur związanych z nauczaniem angielskiego.

Drugim problemem jest jednak fascynacja Azjatów Stanami Zjednoczonymi. Często żąda się od nauczycieli z Australii, W. Brytanii, Kanady – udawania, że są Amerykanami, gdyż „tego chcą rodzice”, zaś szkoły ogłaszają się jako szkoły… amerykańskiego. Standardowym angielskim nie jest brytyjski, ale amerykański… Akos z Węgier przedstawia tę sprawę następująco: „Gdybym mówił, że jestem z Węgier, powodowałoby to konsternację – wszyscy zachodziliby w głowę, co to takiego te Węgry, czy mówi się tam po angielsku, czy jednak nie. Mówię zatem, że jestem z Węgier, ale mój ojciec jest z USA i wszystko jest OK -choć wiem, że to jest lekka ściema”.
„Jak wyjeżdżałem z Polski, wszyscy pukali się w głowę, w Polsce ludziom wydaje się, że tu wszyscy chodzą w mundurkach, jedzą psy i kochają Przewodniczącego. To jakaś piramidalna bzdura! Poznałem świetnych ludzi i obejrzałem od wewnątrz wspaniałą, starą cywilizację, która budzi się po kilkuset latach upadku i parodii. Kiedy przyjechałem, właściwie mówiłem po angielsku ledwo co poprawnie, nie miałem żadnych doświadczeń pedagogicznych. Takich ludzi jak ja jest w Polsce tysiące. Nie rozumiem, po co pchać się do ciężkiej pracy na Zachód, gdzie jest się gastarbeiterem czy innym pomywaczem. Bo to jest w modzie i wszyscy tak robią? Wystarczy 5 tysięcy na bilet i miesiąc życia tutaj oraz trochę odwagi. Dzięki temu mówię teraz po angielsku znacznie lepiej, zjeździłem pół Azji i wracam w przyszłym roku do Polski z pokaźnymi oszczędnościami i bagażem wspaniałych doświadczeń. Świat nie kończy się na Europie” – mówi Hubert, który wykorzystał swoją szansę.

Wraz z otwieraniem się Chin na świat i coraz częstszymi wyjazdami Chińczyków za granicę, korzystna sytuacja może się jednak dość szybko zmienić. Coraz bardziej obeznani ze światem Chińczycy mogą zorientować się, że Europa Wschodnia nie prezentuje wcale wyższego poziomu niż Szanghaj, Kanton i inne miasta wschodniego wybrzeża. Mit, że wszyscy Biali to po prostu Amerykanie, tylko inaczej się nazywają, może nie wytrzymać konfrontacji z rzeczywistością i w następnym pokoleniu być równie śmieszny i absurdalny dla Chińczyków, jak teraz jest dla nas. Zanim jednak do tego dojdzie, minie 20-30 lat. Dobrze byłoby o tym wiedzieć i spróbować to wykorzystać. Azja czeka na młodych, kreatywnych i odważnych…

Imiona Polaków na ich prośbę zostały zmienione.

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

skwer siedmiu mieszczan tym razem ze śniegiem, wiem, że się jedna fotka rozmazała ale tylko światła, ciekawe nie ?SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC